“Milioner z ulicy”, czyli Szlamdog
Zapytacie pewnie dlaczego nadałem “cuchnącą” nazwę wielokrotnemu zdobywcy Oskarów. Jeśli nie pamiętacie film zdobył 8 statuetek na 10 nominacji. Nadałem taka nazwę, ponieważ coś mi tu śmierdzi. Od dawna byłem przekonany, że nie należy się kierować tym co Akademia nagrodziła, lecz teraz to już przesadzili. Oskary dawno straciły wartość – w każdym wymiarze i obecnie traktuję je na równo z nocą reklamożerców (maraton z reklamami). Wracamy jednak do filmu, o czym jest prawie każdy wie. Mam jednak do was pytanie:
czy nie poczuliście się idiotami na tym filmie? nie poczuliście tego, że reżyser (Danny Boyle) wciska wam najdziwniejsze kity? że ten film układa się jak znany serial, czy też kolejna naiwna historyjka o bogactwie i miłości? że ten film to kolejna zepsuta produkcja skierowana tym, że amerykanie to niezbyt inteligentny naród, który potrzebuje wyłożenia wszystkiego na tacy?
Jeśli takie uczucia wami miotały, to wiem co czujecie. Jeśli nie, przestańcie czytać tego bloga i lećcie do kina bo świeżo po premierze grają Transformersów 2!
Na zakończenie paradoks, czyli zapowiedź:
Śmierdzi…ów zapach unosi się w trakcie całego filmu…a co mnie zabiło? Scena taneczna na końcu, tu już poczułam się jak totalna idiotka, zniesmaczona do szpiku.
“Slumdog” ogląda się jak telenowelę, choć ja zawsze łudzę się, że może reżyser początkowo jedynie chce taki efekt uzyskać, by zaraz zaskoczyć (życzeniowo jedynie), niestety telenowela trwa….i trwa…